Gruzja - Mestia

12:34 0 Comments A+ a-



W Gruzji wylądowaliśmy ok. 5.20 rano. Lotnisko oddalone jest od Kutaisi około 14 km, więc od razu rzucił się na nas tłum taksówkarzy proponujących podwiezienie do miasta.  Udało nam się namówić jednego z nich na przejazd do Zugdidi (40 Lari), skąd złapaliśmy marszrutkę do Mestii (20 Lari / os).

Nie mogliśmy się nadziwić, kiedy dosłownie co parę minut samochód musiał zwalniać i omijać leżące lub spacerujące po jezdni krowy. Zaczęły się pierwsze zdjęcia, bo przecież „Wow! Krowa na wolności!”. Pozostali pasażerowie nie wiedzieli czemu się tak dziwimy, a my nie wiedzieliśmy czemu oni nie. Z tymi krowami to ciekawa sprawa. Śmieliśmy się z jednymi z napotkanych Polaków, że przez pierwsze dni człowiek robi zdjęcia każdej krowie. Następnie przeglądając je zauważa, że na 90% zdjęć są krowy. Pod koniec wyjazdu tak się przyzwyczaja, że przestaje zwracać uwagę na jakiekolwiek zwierzęta. Natomiast już po powrocie do Polski zastanawia się „Ok, ale gdzie są krowy?!”. I coś w tym naprawdę jest.

Droga do Mestii narobiła nam trochę strachu, ponieważ w większości wiła się serpentynami and przepaściami – zwłaszcza w jej końcowym odcinku. W pewnym momencie kierowca zatrzymał się i zaczął przeklinać.

„ Dopiero co położyli asfalt, a już kawałek drogi oberwało!”

Faktycznie, oberwało, ale na szczęście jakoś przejechaliśmy. Kierowca podkręcał atmosferę jadąc szybko raz prawym, raz lewym pasem, raz środkiem – nawet kiedy zbliżał się do zakrętu i nie wiadomo było czy z drugiej strony nie wyjedzie jakiś inny samochód. Pozostali pasażerowie wciąż byli niewzruszeni.  

W pewnym momencie kierowca zapytał, czy mamy wykupiony nocleg. Nie mieliśmy. Mieliśmy tylko kilka adresów i liczyliśmy że gdzieś uda nam się zatrzymać. Przede wszystkim braliśmy pod uwagę pensjonat Nino Ratiani – czytaliśmy o nim wiele dobrych opinii, jednak skoro Pan zaproponował nam że zawiezie nas do dobrego guesthouse’u – zgodziliśmy się bez zbędnych pytań. Oczy prawie wyszły nam ze zdumienia kiedy zaczął wołać „Nino! Nino!” – właśnie tak, zawiózł nas dokładnie do Nino Ratiani. Spędziliśmy tam kilka dni i z całego serca mogę polecić to miejsce – warunki są bardzo dobre, cena nie jest wygórowana (20 lari / os) a pani Nino jest bardzo fajnym człowiekiem. Dodatkowym plusem jest to, że mówi po angielsku. Za 10 lari można się porządnie najeść, choć ja nie byłam do końca zadowolona z tych posiłków, ponieważ były zdecydowanie za różnorodne i nie pasujące do pory dnia (np. na śniadanie dostawaliśmy kawałek ciasta, kawę, jajko, frytki, kaszę, smażony ryż, 2 surówki, ser, chleb – wszystko razem i codziennie to samo). Najbardziej smakowało mi mleko – od razu widać, że prosto od… krowy.

Mestia choć to centrum Swanetii, jest niewielkim miasteczkiem liczącym zaledwie 3,5 tysiąca mieszkańców. Leży na wysokości 1500 m n.p.m wśród otaczających ją wysokich szczytów. Od samego początku zauważyliśmy, że nowoczesność miesza się tu ze starością i tradycją. Koło nowych domów stoją ruiny. W centrum awangardowy, z daleka rzucający się w oczy posterunek policji. Niewielkie centrum miasteczka ma wg mnie bardzo duży potencjał – ktoś pomyślał i postawił tu niebagatelne budynki które mogłyby posłużyć jako restauracje, sklepy, cokolwiek. Niestety szyby już popękały, a w środku siedzą... krowy.




Usiedliśmy na ławce w niewielkim parku, popatrzyliśmy na trawę a tam.. świnie. Oczywiście krowy później też przyszły. 




Zaraz za parkiem jest informacja turystyczna gdzie można otrzymać mapy. Podobno obsługa jest tam dość niemiła, ale na szczęście my tego nie doświadczyliśmy. Jeśli chodzi o restaurację to bardzo polecam Sunset Cafe Mestia. Wszyscy się zachwycaliśmy tamtejszym Chaczapuri adżaruli (placek w kształcie łódki – w środku ser i surowe jajko, które trzeba wymieszać zanim się zetnie) i  winem marki wino (5 lari / dzbanek). W dodatku każdy mówi tam po angielsku.




Poszliśmy dalej, mijając wiele kamiennych wież z XII-XIV wieku które budowane były zarówno do obrony przed wrogiem jak i do trzymania zapasów żywnościowych oraz zwierząt. Przez miasto przepływa Mestiachala – pierwsza rzeka o szarym kolorze którą widziałam. Zatrzymaliśmy się przy niej aby chwilę podumać oraz popodziwiać góry które nas otaczały. Jedno na pewno trzeba przyznać – Swanetia ma swój niepowtarzaly, niesamowity klimat. Tęskniłam za nią będąc jeszcze na miejscu. I tęsknię do tej pory. 



Gruzja - Wstęp

11:01 0 Comments A+ a-

Cminda Sameba pod Kazbekiem


Kiedyś ktoś mi powiedział „Gruzja jest piękna”. Gruzja? Tak, coś kiedyś słyszałam o tym kraju, ale co tam jest? Nie mam pojęcia. Szybkie spojrzenie do Internetu. Pierwsze co się wyświetla – Cminda Sameba pod Kazbekiem. Na kolejnych zdjęciach widoki niczym z Władcy Pierścieni. I już wiem, że muszę tam pojechać.

Planowaliśmy 2 tygodnie wyprawy. Na początku myślałam, że to dużo jak na tak niewielki kraj. W końcu Gruzja zajmuje zaledwie 69 tyś. Km2, czyli prawie 5 razy mniej niż Polska! Jednak dość szybko wróciłam na ziemię kiedy podczas wypisania głównych punktów podróży okazało się, że nie zrobimy nawet połowy z tego co planowaliśmy. Dlatego tym razem postawiliśmy na ogólne zobaczenie całego kraju, a następnym razem skupimy się na tym, co nam się najbardziej podoba – czyli Swanetii i Tuszetii.

Termin uzależniliśmy od cen biletów lotnicznych, które wybieraliśmy już w marcu. Padło na początek lipca. Po ich zakupie i zajrzeniu do przewodnika trochę się przestraszyłam czytając o niekorzystnych warunkach pogodowych w tym miesiącu – temperatury około 40 stopni przy wilgotnym powietrzu. Wrócimy ugotowani – jak nic! Jednak nie taki diabeł straszny i pogoda była idealna niemalże przez cały wyjazd. Choć bez czapki i filtra 50+ się nie obeszło. Z drugiej strony w wyższych partiach gór bardzo cieszyłam się z posiadania kurtki i ciepłego śpiwora – jak to się mówi… wszystko dąży do równowagi. Swoją drogą niesamowite jest to, że w Gruzji jednego dnia możemy stać na chłodnym lodowcu, żeby kolejnego dnia smażyć się na słonecznej plaży.


Morze Czarne - Batumi


Jedną z rzeczy które mnie bardzo zastanawiały był język – jak się będziemy tam komunikować? Podobno większość starszych osób mówi po rosyjsku, ale ja go nie znam. Część młodszych mówi po angielsku, ale nie jest ich wiele. Paweł napomknął, że uczył się rosyjskiego, a ja podjęłam nieudolną próbę nauki gruzińskiego. Jakoś to będzie, w razie czego mieliśmy rozmówki – i takie, i takie. W praktyce okazało się, że tylko naprawdę młodzi ludzie nie znają rosyjskiego, a umiejętności Pawła powaliły mnie na kolana ponieważ potrafił się on dogadać w niemal każdej sprawie. Zaskoczył mnie też poziom znajomości angielskiego niektórych osób, ale o tym później… Ja z pewnością wróciłam do Polski z dodatkową motywacją do nauki języków obcych.

Co ciekawe „Gruzja” jest nazwą pochodzenia rosyjskiego. Sami Gruzini nazywają ją Sakartwelo, a siebie Kartweli. Rosjanie bardzo lubili nazywać to co już jest nazwane, dlatego niejednokrotnie można spotkać się z podwójnym nazewnictwem. Weźmy chociażby najdłuższą rzekę – Mtkwari (Kura). Czasami można się zdziwić :) 

Przed wyjazdem do Gruzji nie trzeba się martwić o wizę, ponieważ od 2005 roku został zniesiony obowiązek wizowy dla obywateli Unii Europejskiej. Do Gruzji można się dostać posiadając dowód osobisty lub paszport – dla pewności wzięliśmy oba dokumenty. Myślę że najwygodniejszą formą transportu są linie lotnicze – Wizzair i LOT. My skorzystaliśmy z oferty Wizzair i zapłaciliśmy średnio 450zł/os za jeden lot już ze wszystkim (dodatkowy bagaż, odprawa itd. – pamiętajcie że w Wizzair za wszystko się dodatkowo płaci). Walutą jest Lari (GEL), a ceny są podobne do tych w Polsce. Łącznie na wszystko wydaliśmy po ok. 2500zł – myślę że to całkiem dobra kwota jak na 2 tygodniową wyprawę.

Czy warto tam pojechać? WARTO. Dla zapierających dech w piersiach widoków. Dla przeżycia niezapomnianej przygody. Dla oderwania się od rzeczywistości. Dla docenienia Polski :) Właściwie jedyną rzeczą która mnie rozczarowała była legendarna gruzińska gościnność. Być może ona już zanika, być może po prostu trafialiśmy na nieodpowiedni czas, miejsca lub ludzi. Na pewno za wiele się z nią nie spotkaliśmy, wręcz mieliśmy wrażenie, że patrzy się na nas jak na chodzące bankomaty.  A szkoda…

Trekking do jeziorek Koruldi


Plan:

Dzień 1 – Przylot do Kutaisi. Mestia.
Dzień 2 – Uszguli - trekking do lodowca pod Szcharą.
Dzień 3 – Trekking do lodowca Czalati.
Dzień 4 – Trekking do jeziorek Koruldi.
Dzień 5 – Tbilisi.
Dzień 6 - Dawid Garedża.
Dzień 7 – Miasto skalne Upliscyche.
Dzień 8 – Kazbegi i trekking do cerkwi Cminda Sameba.
Dzień 9 – Wąwóz Darialski i wodospady Gweleti.
Dzień 10 – Trekking pod Kazbek.
Dzień 11 – Powrót do Tbilisi.
Dzień 12 – Batumi.
Dzień 13 – Ogród Botaniczny w Batumi.
Dzień 14 – Kutaisi i powrót do Polski.